Frustrujący początek roku. Syndrom inteligenta z „Dnia świra” mnie chyba dopadł. Muszę zrobić coś, żeby się z tego wydostać, bo nie będzie się można ze mną dogadać.
Frustrujący początek roku. Syndrom inteligenta z „Dnia świra” mnie chyba dopadł. Muszę zrobić coś, żeby się z tego wydostać, bo nie będzie się można ze mną dogadać.
Kolejna przerwa nastąpiła w pisaniu tego, jakże cudownego, bloga. Ślubna gorączka już ostatecznie opadła, teraz sobie radośnie żyję w odmiennym stanie cywilnym… i dobrze mi z tym.
Zainspirowany „Tygodnikiem Powszechnym” postanowiłem zamieścić tutaj wiersz Marcina Świetlickiego „29 listopada 1987″:
Tutejsza władza zadała nam jakieś
podchwytliwe pytania. Mówi teraz
w radiu
o naszych odpowiedziach.
A my dziś
przecież nie mówiliśmy z nikim.
Byliśmy na spacerze, na obiedzie i
po powrocie od razu kochaliśmy się,
zacerowała mi swetry i zaszyła
kurtkę.
Gdyby tylko nie to, że władza wpływa na nasze życie. Jej decyzje i ich brak mierżą mnie. Nie, żeby opozycja była w czymkolwiek lepsza (au contraire, jak to mawia Q). Zmniejsza się u mnie chęć czytania jakichkolwiek artykułów dotyczących polityki, bo nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje. Nic też nie wskazuje, żeby miała mastąpić jakaś poważniejsza zmiana na lepsze.
Więc chodźmy na spacer.
Prace okołoślubne nabierają rumieńców. Brakuje nam nieustannie czasu. Są takie dni, gdy najchętniej leżelibyśmy cały dzień w łóżku, bez konieczności wykonywania skompikowanych akcji. Miną dwa miesiące i odetchniemy z wielkim pufffffffff. A potem już tylko pozostanie szara rzeczywistość zarobkowo-egzystencjalna.
Po krótkiej przerwie wymaganej na oddech wróciłem do literatury rosyjskiej. Ale na razie nie do Dostojewskiego, lecz do Tołstoja. Pojawiła się bowiem sposobność zmuszenia się po "Wojnę i pokój". Natomiast w kwestii projektu udało mi sie kupić za połowę ceny "Biesy" w nowym tłumaczeniu "Znaku". Tres bien
Dzisiejszą pogawendkę rozpocznę do cytatu z Norwida, który niechaj będzie moim wkładem w dyskusję na temat nowej ksiażki J.T. Grossa.
Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala
Czy ten , co mowic o tym nie pozwala?
Projekt Dostojewski trwa. Przeczytałem Wspomnienia z domu umarłych, teraz zakładka wędruje przez Idiotę. Muszę przyznać, że spodziewałem się większego oporu wewnętrznego na twórczość Fiodora. Zaczynam coraz bardziej doceniać i zachywać sie tym, co czytam. Na ile w tym autosugestii podbudowanej snobizmem ,a na ile prawdziwego zachwytu, tego nie porafię ocenić, ale z pewnością jestem na tak.
Rozpocząłem dumnie Projekt Dostojewski 2011. W styczniu zainaugurowałem go od krótszych rzeczy – Białych nocy oraz Zimowych notatek o wrażeniach z lata. Bardzo przyjemne i lekkie rzeczy. Jednak luty przyniesie już działa większego kalibru. Mam już w domu pożyczone (dzięki uprzejmości pań z Zamku) dzieła Fiodora.
Gdzie zatme problem, poza zwykłym nawałem pracy? Otóż męczy mnie Larsson. Pierwszy tom jeszcze mi się podobał, ale trzeci czytam już siłą rozpędu i ciekawości. Albo mam za duże wymagania, albo thrillery/kryminały to rzeczywiście nie moja działka. Walczę więc, żeby dobrnąć z nim do końca, a łatwo nie jest. Więcej bestsprzedajacych się i hiperdupersuperświetnych kryminałów nie będę męczył i wrócę do moim ulubionych półek.
Dziekuję Kamilo za odpowiedź. Już zacząłem program aktywacji czasu.
Zdecydowałem się na postanowienie na toczący się rok 2010. Niech to będzie postanowienei intelektualne, a co tam. Przeczytać opera omnia Dostojewskiego. Poniżej lista najwazniejszych rzeczy, wśród nich brakuje jeszcze niejednej pozycji. Zacznę jednak od tego zestawienia.
Mam za sobą dwie pozycje, ale chyba do nich także wrócę. Zastanawiam się jeszcze, czy zabrać się za to metodycznie i chronologicznie, czy brać co się trafi i tylko na koniec sięgnąć na deser po Braci Karamazow. Wstepnie jako przeczytanego zapisuję tylko Gracza, którego czytałem w zeszłym roku, więc nie muszę odświeżać.
Zobaczymy, czy wygram ten wyścig.
Do dzieła. A raczej do dzieł. Oczywiście liczę na wsparcie.
Są dni, gdy nie mogę zebrać myśli do pisania czegoś sensownego. Nie mowę nawet o blogu, bo tutaj nie mam siły się pojawić od dawna. Mam oczywiście zaległości w psianiu artykułu, a chęci deficyt. Prądy mistyczne mnie nijak nie posiągały w islamie, a tutaj jak na złość trafiło mi się coś takiego do wypocenia. I na co? A po co? Szkoda słów. Wiem, to ta leniwsza część mojej głowy chcę ode mnie kolejnego rozpraszacza myśli. Gdzież mi do tytanów pracy, którym chciałbym równać? Gdzież mi do tych pominkowych postaci jak Dozy, de Goeje, Bielawski czy Lewis. Jak usunąć z dnia codziennego wszystkie odbieracze kocentracji?
Łaskawie upraszam o ratunek.
Nie zapomnę chyba nigdy w życiu widoku pełnych ulic Warszawy podczas przejazdu prezydenckiej trumny. Brawo Warszawiacy, możecie być z siebie dumni.