Oj zmienia się Damaszek, zmienia. Zmierza nieuchronnie ku nowoczesności. Robi to powoli, krok za krokiem, ale widać już w nim dwa światy, przemieszane miejscami niczym przekładaniec. O tym chciałem kilka słów napisać.

Tak, tak, po Damaszku nie jeżdżą już Titaniki. Gdy byłem tu ostatnio, to poza serwisami (pisałem już o nich – to mikrobusy funkcjonujące jak autobusy) po mieście sunęły wielkie, stare, dyszące spalinami ogromne autobusy, na które miejscowi mówili Titaniki. Przeżyłem szok, gdy zobaczyłem, że teraz ulicami mkną nowiutkie autobusy (jak się dowiedziałem, pochodzące z Chin), które mają dodatkowo elektroniczne numery i nazwę trasy. Ba, pojawiły się nawet przystanki! Nie do wiary, bo jak na Damaszek to prawdziwa rewolucja.

Rozmnożyły się wręcz służby czyszczące miasto. Jeżdżą całymi tabunami z koszami na wózkach. Działanie jak najbardziej pożądane i trzeba oddać, że czyszczą sprawnie… ale. Cóż z tego, skoro ludzie tutaj traktują ulice jak jeden wielki śmietnik. Władze czeka wielka praca w zmianie mentalności mieszkańców (nie żebym nie pamiętał o kretynach, którzy w Polsce jeżdżą wywalać śmieci do lasu).

To są kolejne jaskółki zmian w Syrii. Internet jest już bardzo rozpowszechniony, ale całe szczęście ciągle nie ma MacDonaldów :D Ale to jest wszystko powłoka zewnętrzna, w środku to wciąż stary dobry Damaszek. Jedzenie jest tak dobre, jak było. Zajadam się falafelami, sadżem i popijam sokiem z świeżo wyciskanych pomarańczy (3 zł za pół litra). O poranku słychać Feyruz, a w powietrzu unosi się zapach fajki wodnej. Ale wielu młodych chce się utożsamiać z Zachodem. Wczoraj widziałem samochód z opuszczonymi szybami, w środku dwóch cwaniaczków na żelu w ciemnych okularach, a z głośnika Britney i Backstreet Boys. Widać to dla nich jest trendy ;)

Poznałem w samolocie jednego Polaka, który pierwszy raz leciał do Damaszku. Odważny, bo przyleciał na dwa miesiące i nie zna ani słówka po arabsku. Zaopiekowałem się nim zanim zacząłem praktyki w ambasadzie. Idąc z nim wieczorem przez Stare Miasto powiedziałem mu: no i jak oddać słowem to, co tutaj masz wkoło? Jak oddać gamę dźwięków, bukiet zapachów i to coś wyjątkowego, co czuć wszędzie wkoło? Idąc od Meczetu Umajjadów Qamariyyą w stronę Bab Tumy (dzielnicy chrześcijańskiej) wieczorem, ma się momentami wrażanie, jakby to był wielki jarmark gdzieś w XIV wieku w Akwitanii. W powietrzu wypieki, nargile, placki, mięsa i delikatna woń perfumerii. Wszędzie sklepiki z ziołami, bakaliami no i całą masą orientalnych rzeczy (oczywiście na potrzeby turystów). Maszerują ową Qamariyyą wielojęzyczne, wielobarwne tłumy, a ze sklepów płynie leniwie arabska muzyka. Sprzedawcy ze sklepów z pamiątkami spokojnie siedzą na zewnątrz grając w tawlę i popijając herbatę.

 A co ze mną? Wynająłem sobie pokój na Bab Tumie u rodziny chrześcijańskie, z którą radośnie konferuję ćwicząc dialekt. Jest o tyle dobrze, że do kilku dni Damaszek nawiedzają silne wiatry, które się wszystkim podobają, choć o tej porze to rzadkość. Alternatywą zwykle jest o tej porze roku 40 stopni i zaduch do ok. 9 wieczorem. Tną mnie tylko niemiłosiernie komary. Wędrówki po znanym mi już nieco mieście zaczynam powoli, na razie chce się nacieszyć leniwie wakacjami. Ale z czasem będę się zapuszczał coraz bardziej, o czym nie omieszkam napisać.

To takie dziwne uczucie spotkać się ze swoim mistrzem. Jego książki kształtowały (hmm, kształtują) mój gust i w pewien sposób mnie jako takiego. Zawsze wydawał mi się postacią niczym z pomnika,  ustawionego gdzieś daleko poza moim zasięgiem. To jakby żyć w dawnej Polsce i wiedzieć, że gdzieś ten król żyje, ale z pewnością to gdzieś daleko istnieje, ale daleko od mojego świata. Tymczasem udało się, tak rozmawiałem z nim, słuchałem go i zadawałem pytania.

Spytacie kogo, a ja odpowiem – Roberta Silverberga. Nie jest to pisarz w Polsce, poza kręgiem fanów fantatsyki, powszechnie znany. Dla mnie jednak to ktoś bardzo wyjątkowy, a jego książki (policzyłem, stoi ich u mnie na półce 24) są tak ważne jak Tolkiena. On i Pratchett to dla mnie najważniejsi żyjący pisarze. Autora serii dyskowej spotkałem, ale poza zdobyciem autografu w książce mogłem tylko zamienic jedno zdanie. Z mistrzem Silverbergiem swobodnie rozmawiałem.

I jak wypada konfrontacja legendy z rzeczywistością? Doskonale. To bardzo miły, otwarty, inteligentny człowiek. Bywa ironiczny, jest czasem szczery do bólu. Powiedział wprost, pytany przeze mnie, że nigdy się z Lemem nie lubili. Przyznał się, że lubił filmy z Cybulskim, a jego inspiracją był Joseph Conrad. Z uśmiechem swteirdził, że w latach 70-tych miał kilkuletnią przerwę w pisaniu, bo uznał, że ma dosyć pieniędzy. Teraz (ma 74 lata) jeździ po świecie i zwiedza muzea (jest wielkim miłośnikiem historii sztuki) spotykając się przy okazji z fanami. Jest po prostu wielki. Nic nie stracił w moich oczach ze swej mocy. Spotkanie go to dla mnie coś niepowtarzalnego i sądzę, że zapamiętam to na tak długo, na ile tylko moja pamięć pozwoli. Jeśli macie tylko okazję, spróbujcie poczytać coś jego autorstwa. Nawet jeśli nie lubicie SF, to i tak warto spróbować.

Encore

1 komentarz

Jak to śpiewał Jacek:
"Mam wszystko, czego może chcieć uczciwy człowiek.
Światopogląd, wykształcenie, młodość, zdrowie.
Rodzinę, która kocha mnie, dwie, trzy kobiety.
Gitarę, psa i oficerskie epolety."

Jak to się dzieje, że zasiadam do pisania, gdy chwyta mnie melancholia albo nostalgia?  Miałem iść spać, ale jeszcze chwila.

Powoli zamykam wyjazd do Syrii. Tak tak, wracam tam na dwa miesiące. Tylko. Zawsze jednak tę tęsknicę trochę nasycę. Pierwszy miesiąc spędzę sam. Chyba dobrze mi to zrobi, poukładam sobie nieco (albo jeszcze bardziej pomieszam, niepotrzebne skreślić). Cieszę się. Z drugiej strony jednak, czy nie oznacza to, że pogrążę się w Damaszku już na zawsze? Dowiem się, gdy wrócę.

Miewam wrażenie, że nie pasuję do tej układanki, że nie mogę swojego miejsca odszukać. Może jestem jak ten "Obcy" z powieści Morta Castle. Żyję całe życie udając, nie pokazując swojej prawdziwej natury, żeby wymordować wszystkich wkoło gdy nadejdzie TA chwila.

Dość sentymentów. Opowiem coś radosnego. Mam pustułkę. No prawie mam, ale za to prawdziwą. Mieszka nade mną i to nie sama. Siada często na daszku przed moim oknem. Lubię jej słuchać i obserwować jak wzbija się do lotu. Dzięki temu, że mieszkam wysoko mam okazję oglądać lot ptaków, coś niesamowitego. Ale wracając do pustułki, nie przyzwyczaiła się do mnie jeszcze. Chyba jako drapieżnik, nie zrobi tego nigdy. Ale miło mieć tak dostojnego sąsiada. No i co z tego, że sra na daszek?

:)

Parafraza

1 komentarz

.. modlitwy Diderota, dokonana przez Małgorzatę Szpakowską
(cytuję za Gazetą Wyborczą, 27-28 września 2008, s. 23)

Panie Boże, jeżeli jesteś, modlę się do Ciebie, jeżeli jakichkolwiek modłów potrzebujesz, aby Ci podziękować, że stworzyłeś ten świat, jeżeli rzeczywiście go stworzyłeś, takim, że żadnymi rozsądnymi sposobami nie jesteśmy na nim w stanie udowodnić ani Twojego istnienia, ani Twego nieistnienia.

… nim dojdziemy.

Już chciałem skasowac bloga, ale postanowiłem dać mu kolejną szanse. Ciężko mi się było zebrać za napisanie kolejnej notki, ale drgnęło. Starczyło posłuchać Toma Waitsa. Polecam go zresztą na każda chandrę.

Skąd ta przerwa? W listopadzie zmarł mój dziadek, osoba mi bardzo bliska. Chciałem Wam o nim opowiedzieć.. ale nie umiałem dobrać słów. Ja, który śmiałem uważać, że władam piórem nienajgorzej. Kilkakrotnie chcialem napisać cokolwiek innego, ale czułem, że to wszystko jakieś nijakie i w ogóle bez sensu.

Nie dam Wam opowieści o przemijaniu, nie dam Wam historii jego życia. Wiecie czemu? Wiecie. Bo trzeba by było odać nieoddawalne. Miał swoje wady, ale dla mnie był osobą z innej bajki. Z pokolenia, które już odchodzi, a my nie potrafimy go należycie docenić. Chcę Wam tylko jedną rzecz o nim przkazać.

Zawsze będzie on dla mnie wzorem tego, jak można spędzić złote lata. Pomimo marudzenia rodziny zatroskanej o jego zdrowie, jeszcze zeszłego lata jeździł na ryby i zbierał grzyby. Chciał żyć, chciał dalej cieszyć się światem, swoim ogrodem, nami – rodziną. Tak, bywał męczący ciągłym wypytywaniem jak na studiach, ale ile bym teraz dał, żeby mógł spytać jeszcze raz. Utkwiło mi w głowie ostatnie zdanie, jakie z nim zamieniłem na początku listopada. Krótko przed moim powrotem do Poznania, wychodziłem od niego z domu i powiedział: dobrze posiedzieć sobie z rodziną… 
To dla mnie teraz dziwne, gdy w tylu sytuacjach mi się przypominają chwile z nim spędzone. Ale tak ma już być… Jeszcze pewnie nieraz się tutaj pojawi wspomnieniem. Na koniec fragment jego ulubionej piosenki

Zakwita raz, tylko raz, biały kwiat
Przez jedną noc pachnie tak, ach!
̇Przez taką noc Królowa Jednej Nocy gląda świat…
A światło dnia zdmuchuje kwiatu płomień na wiele lat.

matrix wkoło

4 komentarzy

Witajcie.

Zastanawialiście się kiedyś w jakim stopniu to wy wyszukujecie sobie przyjazne otoczenie, a w jakim dopasowujecie się do zastanego? Czy wybieracie radio do słuchania dlatego, że grana tam muzyka wam odpowiada, czy z biegiem czasu przyzwyczajenie do stylu danej stacji sprawia, że inne wam nie odpowiadają? Czy znajomi, wśród ktoórych przebywacie, są tam, bo pasujecie do siebie, czy się do nich dopasowaliście? Z pozoru to co piszę, to bełkot, ale zastanówcie się nad tym chwilę.


"Poświęciłeś kiedyś chwilę, by zadumać się nad doskonałością Matrixa?"
:)

I znowu

2 komentarzy

Wiecie, że to już jesień? Wniknęła w nasz świat powoli, ale już pola nie ustąpi. Czuć to w powietrzu. Pomimo chwilowych dłuższych przebłysków słońca, już w każdym oddechu czuję inną aurę. Bo trzeba na noc nieco przymknąc okno, bo po północy ju idąc gdzieś zakłądam bluzę, bo dni też jakoś krótsze. Tak tak, to ten sam cykl co zawsze. Klimatolodzy mówią, że nieco się nam to przesunęło, to znaczy, że lato się trochę wcześniej zaczęło, to i skończyć się wcześniej musi.

Taak, przez to, znów słucham częściej "Time" Floydów

And you run and you run to catch up with the sun but it’s sinking
And racing around to come up behind you again
The sun is the same in a relative way but you’re older
Shorter of breath and one day closer to death

W sumie lekturę mam odpowiednią, "Lód" Dukaja, Wprawdzie dopiero się na dobre wgryzam, ale jak na razie jestem zachwycony. Gdy dobrnę do końca, pomęczę Was tym, co z tego wyciągnąłem.

 Trzymajcię się ciepło mili czytacze.

17 VIII 2008
Dzisiaj pierwszy raz mogłem na żywo uslyszeć na tej olimpiadzie nasz hymn (ominął mnie kulomiot z powodu bytności w pracy). Oczywiście cieszyłem się, jak większość chyba, oglądających to rodaków, ale zaświtała mi taka myśl gdy patrzyłem na wciąganą na maszt flagę
_______________
20 VII 1797, Reggio
Żar się leje z nieba, cholerne włoskie lato. Generał Dąbrowski odgonił podirytowany brzęczącą muchę.
- Józek, no dalej, chłopcy chcą już ruszać
Generał Jan Henryk Dąbrowski nie wiedział czy dobrze postąpił zezwalajć na odśpiewanie pieśni legionowej, którą dzień wcześniej Wybicki mu prezentował w karczmie. Szczerze mówiąc był wtedy na rauszu. No dobra, był w sztok zalany. Ale Józek miał żar w oczach, koniecznie chciał coś zrobić dla sprawy, a żołnierz z niego..średni. No więc niby słuchał, kiwał głową, a teraz ma. Józek zaczął:
- Jeszcze Polska…
________________
211 lat później w Pekinie czwórka wioślarzy śpiewała tę samą pieśń, choć tekst się nieco zmienił. Czy Józef Wybicki pomyslał kiedykolwiek, że tam w dalekich Chinach ktoś za dwieście lat będzie o tej pieśni pamiętał?

No, to tyle mojej refleksji

F.

Gwoli ścisłości, to data i miejsce "premiery" pieśni się zgadza, ale oczywiście reszta to już moja licencia poetica.

Spojrzałem na to, ile napisałem w tym roku i przerażenie mnie ogarnęło. Tak być nie może, szczeólnie, że tyle myśli krąży po głowie.
W tle puściłem do tego sobie Zeppelinów.

Jestem kółkiem w grze, pionkiem w maszynie. Pracuję od ponad 3 miesięcy w MacFabryce jedzenia. W wakacje trochę więcej, od  września wrócę tylko na weekendy . Niesamowite miałem wrażenie gdy patrzyłem na tę wielką maszynę na samym początku. Wszystko działa jak trybiki, wszystko ma sój cel i miejsce. Teraz już znam większośc tych trybików i tym bardziej doceniam trud włozony przez twórców i edytorów tego dzieła, które działa całkiem sprawnie, jak wszyscy wiecie. Zaskoczyła mnie również dbałośc o higienę. Oczywiście, tłuste to jedzenie i niezdrowe jak diabli, ale nie mozna o nim powiedziec, żeby było stare czy brudne.

Oczywiście nie jest to praca moich marzeń, traktuje ją tymczasowo, a zdecydowałem się, bo świetnie płacą. Poznałem też kilku przesympatycznych ludzi tam. Mam perspektywę innej pracy, ale o niej więcej, jeśłi wypali.

Nastrój mam mocno refleksyjny. Tak trwa od jakichś dwóch miesięcy i nie zmierza ku końcowi. Koniec studiów, ogólne niezadowolenie z siebie itp.  Opowiem Wam więc o kilku "O ja". Zjawisko "O ja", pojawia się, gdy staję przed czymś wspaniałym, przed jakimś widokiem, zdarzeniem, które mnie zachwyca i wówczas pada z moich ust "O ja".
"O ja" mogę przy każdym bezchmurnym wieczorze obserwować z okna mieszkania na Boninie. Takich zachodów słońca, jak tam widuję, nie spotkałem w Poznaniu. Z okna na 11 piętrze podziwiam zachodnią stronę Poznania, już z lasami na horyzoncie i właściwie żadne wieżowce nie przesłaniają mi gry światła na niebie.
"O ja" to gdy jadę rowerem do pracy na zmianę poranną i przejeżdżam przez las wcześnie rano. Niezmienny od wieków urok przyrody i oaza spokoju zanim dojadę do ruchliwej drogi.
"O ja" to także odkrywane kolejne zaułki i zakamarki Poznania, którym zdaje się nie mieć końca,

Moi towarzysze z Syrii zrozumieją to, co teraz napiszę, najlepiej. Pomimo tego, że nie chciałbym spędzić tam znów tak długiego czasu jak przed ponad rokiem, pomimo tego, że pamiętam, jak już chciałem wrócić… tęsknię za Bliskim Wschodem. Jak jasna cholera. Zaczyna mi się to jawić jak sen, który jeszcze mam pod powiekami. Taki sen, który chcę, by nie odszedł i nie otwieram oczu, żeby się nie obudzić. Pamiętam moje ścieżki po Starym Mieście, są takie chwile gdy czuję zapach Qamariyyi. Gdy słucham Voix du Liban przez sieć, czuję się znów jak w damasceńskiej taksówce. Może to tęsknota za bestroską i naiwną wolnością, ale może gdzieś w środku mnie zagnieździła się cząstka tego, co pchalo Schliemanna i wielu innych na Bliski Wschód? Co spraewia, że nie umiem myśleć o tamtym roku, jako o minionym doświadczeniu i czasem mam wrażenie, że już zawsze będę jedną nogą stopą tam?

Tyle…

F.

Przepisałem ten fragment już jakiś czas temu z myślą właśnie o blogu, który jest jednym z moich wyrzutów sumienia (z powodu zaniedbania go). Mam dla Was fkrótki opis meczetu z Indii rodem. Z własnych refleksji nie chcę męczyć, bo w związku z końcem studiów nastrój raczen minorowy.

"Kiedyś pokazał Bidźu swój nowy nabytek, makietę meczetu z wbudowanym zegarem kwarcowym zaprogramowanym w ten sposób, żeby pięć razy dziennie o wyznaczonych porach nawoływał: Allahu akbar, la ilaha illa llah, wa Allahu akbar.. Ze szczytu minaretu przez trzaski tasmy płynęły prastare, przetarte piaskiem słowa, ten lament z pustyni przynoszący strawę, która stworzy w człowieku siłę, tworzy wiarę o głodnym poranku i przez cały dzień, żeby nie przelecieć przez plugawe różnice między narodami. Zapalały się zachęcająco światełka, rozbłyskując w meczecie w dyskotekowych kolorach zieleni i bieli"

[Karen Desai, "Brzemię rzeczy utraconych"]


  • RSS