Są dni, gdy nie mogę zebrać myśli do pisania czegoś sensownego. Nie mowę nawet o blogu, bo tutaj nie mam siły się pojawić od dawna. Mam oczywiście zaległości w psianiu artykułu, a chęci deficyt. Prądy mistyczne mnie nijak nie posiągały w islamie, a tutaj jak na złość trafiło mi się coś takiego do wypocenia. I na co? A po co? Szkoda słów. Wiem, to ta leniwsza część mojej głowy chcę ode mnie kolejnego rozpraszacza myśli. Gdzież mi do tytanów pracy, którym chciałbym równać? Gdzież mi do tych pominkowych postaci jak Dozy, de Goeje, Bielawski czy Lewis. Jak usunąć z dnia codziennego wszystkie odbieracze kocentracji?

Łaskawie upraszam o ratunek.